Oto nadchodzi ten, który ma moc pokonania Czarnego Pana...Zrodzony z tych, którzy trzykrotnie mu się oparli, a narodzi się, gdy siódmy miesiąc dobiegnie końca...
A choć Czarny Pan naznaczy go jako równego sobie, będzie miał moc, jakiej Czarny Pan nie zna...
I jeden z nich musi zginąć z ręki drugiego, bo żaden nie może żyć, gdy drugi przeżyje...
Ten, który ma moc pokonania Czarnego Pana narodzi się gdy siódmy miesiąc dobiegnie końca...
Życie chyba na prawdę mnie nienawidzi, bo chce, żebym umarła, pomyślałam, oślepiona przez jasne światło. Otworzyłam oczy. Nie byłam w swoim pokoju. Pomieszczenie było ładne. Rozejrzałam się dookoła. Na stoliku stało zdjęcie rodziny. Jednak było ono odwrócone. Tak jakby ktoś nie chciał na nie patrzeć. Dziwne. Nagle drzwi do pokoju się otworzyły i weszła przez nie mała dziewczynka. Miała może z 5 lat, jak nie więcej.
- Wyspałaś się?- zapytała dźwięcznym głosem, który nie pasował mi do dziecka.
- Em... tak- rozejrzałam się po pomieszczeniu.- Możesz powiedzieć mi gdzie jestem?
- U mnie w domu- uśmiechnęła się.
- To rozumiem, ale jak się tu znalazłam?
- Mój brat cię przyniósł
- Brat?- w tym samym momencie do pokoju wszedł Lucas. Miał na sobie czarne rurki i tego samego koloru podkoszulkę, a na głowie czapkę- zgadniecie jakiego koloru? W rękach trzymał tacę z piciem.
- Melody, ile razy ci mówiłem, żebyś tu nie wchodziła?!- widać, że był zdenerwowany. Tylko czym?
- Ale przecież nic się nie stało- zaprzeczyłam szybko.- Zapytała się mnie tylko czy się wyspałam
- Ach, nieważne- postawił tacę koło mnie na łóżku.- Teraz możesz iść
I dosłownie wypchnął siostrę za drzwi. Patrzyłam na to ze zdziwieniem, ale nie miałam odwagi zapytać.No bo... Rozumiecie coś takiego? Siedzę na łóżku kapitana drużyny footballowej na dodatek w jego pokoju, ba, w jego domu i jeszcze przyniósł mi wodę... I WEŹ TU NORMALNIE ODDYCHAJ! Kiedy już pozbył się tej małej istotki z pomieszczenia, usiadł na łóżku obok mnie.
Oddychaj, oddychaj, oddychaj, oddychaj, oddychaj
- I jak się czujesz?- zapytał, patrząc w moje oczy. Kkhalfihlifuoeihgihlofiuo... On chce, żebym zeszła z tego świata. Na pewno tego chce!
- C-co ja t-tutaj robię?- Yhym... Jąkaj się jeszcze bardziej...
- Zemdlałaś w szkole. Twojego taty nie ma w domu. Postanowiłem zabrać cię do siebie. Els przyniosła twoje ubrania jakbyś chciała się przebrać
- Czemu to robisz?- to pytanie męczyło mnie od samego początku. DLACZEGO?!
- Bo się martwię?- otworzyłam aż usta ze zdziwienia. Martwi się. O mnie. Umrę ze szczęścia! Chciałam coś powiedzieć, ale wstał z miejsca. - To ja cię zostawiam, żebyś się przebrała- i wyszedł.
Czy to było subtelne zwrócenie uwagi na to, że śmierdzę?
...
Chyba tak.
Wstałam z łóżka i podeszłam do fotela, na którym leżały moje ubrania. Wzięłam je i udałam się do łazienki. Po 10 minutach wyszłam. Wyjrzałam na korytarz. Było cicho. Postanowiłam zejść na dół. Idąc schodami, patrzyłam na obrazy na ścianach. Jedne przedstawiają całą jego rodzinę, inne tylko jego albo siostrę. Niestety nie ma zdjęcia, na którym są razem. Szkoda, bo są naprawdę są do siebie podobni. W salonie zastałam Melody, jak dobrze pamiętam, oglądającą bajki.
- Jest w kuchni- powiedziała, odwracając się do mnie. Prawdopodobnie w tym momencie miałam zdezorientowaną minę, co nie uszło uwadze małej. - No Lucas, no!
Zaśmiałam się ze swojej głupoty. No bo kto inny mógłby być w kuchni jak nie on? Poszłam we wskazane miejsce. Zobaczyłam tam L. robiącego śniadanie.
- Księżniczko, tylko różowego fartuszka ci brakuje- powiedziałam do niego ze śmiechem. W kuchni wyglądał bardzo zabawnie.
- Ej! Ja tu próbuję być miły i zrobić nam obiad, a ty się ze mnie naśmiewasz?- obiad?! To ile ja spałam?! Spojrzałam na zegarek. 14:05! Wow, to nieźle sobie pospałam.
- Po prostu nie pasujesz mi do kuchni- podeszłam do niego, żeby zobaczyć co gotuje.
- A gdzie ci pasuję?- zapytał mnie, obracając się w moją stronę.
- Do kanapy- Melody usiadła na krześle obok nas. - Jesteś strasznym leniem
- Wcale nie- powiedział Lucas. - Kłamiesz
- A czemu miałabym? Jesteś leniwy i to prawda
- Nie e?
- Nie e?! A ile ty masz lat?! Trzy?!- zaczęłam się śmiać jak to usłyszałam. To dziecko właśnie pojechało osiemnastolatka. Kocham ją! Lucas tylko otworzył buzię, ale szybko ją zamknął. Przybiłam z Melody piątkę.
- I ty przeciwko mnie?- popatrzył na mnie spod przymrużonych powiek. Wiedziałam, że udaje złego, mimo to zaczęłam się cofać do tyłu. I tak zaczęła się nasza gonitwa po domu. Z 20 minut tak biegaliśmy. Niestety ktoś w końcu musiał się poddać i tym kimś byłam ja. Lucas oczywiście musiał mnie wziąć na ręce. MUSIAŁ.
- Teraz wyglądacie jak para- powiedziała Melody, która znalazła się koło nas. - Każde pary się całują, więc wy chyba też powinniście
Spojrzeliśmy po sobie. Nasze twarze dzieliły centymetry. Patrzyłam w jego oczy. Zatraciłam się w nich. Czarne, brązowe? Sama nie wiem. Wiem tylko, że są wyjątkowe. Czułam jak serce mi przyspiesza. Jego zresztą miało tak samo. Czułam, że rumieńce to już mam bordowe. Spuściłam wzrok. Jednak on nadal się na mnie patrzył. I to tak perfidnie.
- A co wy tu robicie?!- usłyszeliśmy głos, który dochodził z korytarza. Lucas od razu mnie puścił i stanął obok. Kobieta, która tam stała była... Perfekcyjna? Idealnie dobrane ubranie, ani jednej zmarszczki na twarzy. Była piękna to trzeba było przyznać.
- Myślałem, że wrócisz dopiero jutro- powiedział L. przez zaciśnięte zęby. Nie cieszył się z tej wizyty.
- Zmieniłam plany- spojrzała teraz na mnie. Od razu przeszyło mnie takie...Zimno? Tak to chyba to. Jej spojrzenie zamrażało. Było takie zimne i oschłe. Jakbym jej dzieci zabiła. Kobieta wpatrywała się we mnie przez dłuższą chwilę po czym zwróciła się do Lucasa.
- Obiad już jest zrobiony, prawda?
- Tak, mamo
Zamurowało mnie. MAMO?! Czy on użył tego słowa? MAMA? Ta kobieta wyglądała na może 30 lat, a jak on jest jej synem...
Niemożliwe.
Chwilę później siedzieliśmy już wszyscy przy stole.
- Może przedstawisz mi koleżankę?- zapytała jego mama, popijając wino.
- Emm... To jest Maya. Chodzimy razem do szkoły
- Czyli, że TA dziewczyna chodzi do najlepszej szkoły w Londynie? Hmm... Nie wygląda
Zabolało. Nawet bardzo. Nie wszyscy rodzą się w bogatych rodzinach. Przynajmniej mam na jedzenie i ubrania, to chyba wystarczy, prawda?
- Mamo- syknął ostrzegawczo Lucas, ale po tej kobiecie to spłynęło.
- Skoro to najlepsza szkoła w mieście to czemu wpuszczają do niej osoby, które na pewno dorabiają sobie na ulicy, stojąc pod latarnią
Lucasa zamurowało. Tak jak i jego siostrę. Może nie znała znaczenia tych słów, ale wiedziała, że są nieodpowiednie. Mądra dziewczyna. Odchrząknęłam i podniosłam się z miejsca.
- Yyy... Lucas, dziękuję za obiad... Będę się chyba już zbierać- powiedziałam.
- Och nie idź jeszcze- drwiący uśmieszek jego matki mnie zabijał. JAK ONA MOGŁA?!- Nie chciałabyś pozmywać naczyń czy może posprzątać w mieszkaniu. Z tych latarnianych pieniędzy nie da się wyżyć, prawda? Dołożę wszelkich starań, żeby mój mąż zatrudnił cię tutaj jako pokojówkę, skusisz się?
- Miło mi było poznać panią pani Hale- odpowiedziałam spokojnym głosem, na co ona uniosła brwi. - Szkoda tylko, że nie wie pani nic o mnie i mojej rodzinie. Mówienie złych rzeczy na drugą osobę jest niestosowne, kiedy widzi się je po raz pierwszy. W ogóle jest to nie poprawne. Jednak nie mam pani tego za złe. Nie każdego trzeba lubić, prawda? Jednak chcę, żeby pani wiedziała, że ja toleruję panią i pani opinię o mnie, bo nie jestem u siebie. Gdyby jednak pani była w moim domu... Wyrzuciłabym panią z domu. Oczywiście nie mogę się równać z pani poziomem inteligencji, ale nawet ja wiem, że tacy jak pani kiedyś skończą na dnie. Trzeba tylko trochę poczekać. Miłego dnia życzę- powiedziałam na odchodne. Kiedy wyszłam za drzwi poczułam... Dumę? Tak, dumę. Byłam dumna z siebie, że nie wybuchłam, że byłam spokojna do samego końca mimo, że jej słowa paliły jak trucizna. Czemu nasze społeczeństwo dzieli się na gorsze i te lesze? Mamy przecież takie same prawa, więc na jakiej podstawie oni mogą się sądzić za lepszych? Przecież nie jesteśmy chorzy, nie mamy jakiegoś upośledzenia... Jesteśmy normalni. Na dobrą sprawę to bez takich ludzi jak my, 'biednych' ludzi, ci 'lepsi' nie mieliby niczego. Ani drogich butów, ani jedzenia, ubrań... To wszystko nasza zasługa, a oni tak się nam odpłacają. Śmiejąc się z nas, poniżając. Jesteśmy jednym społeczeństwem i jak dla mnie to wielka porażka. Idąc tak ulicą, rozmyślałam o tym dlaczego L. tak bardzo boi się swojej matki. Było to widać na kilometr, ale dlaczego?
- MAYA!- usłyszałam krzyk. Odwróciłam się i od razu poczułam czyjeś ramiona oplatające moje ciało.- Strasznie przepraszam cię za mamę
Lucas.
- Nic się nie stało- powiedziałam w jego kurtkę. Był tak silny, że nie mogłam się ruszyć.
- Moja mama cię obrażała, a ja nie zareagowałem- przytulił mnie mocniej. - Jestem kretynem
- Zaraz będziesz kretynem jak mnie udusisz- tak właściwie to chciałam się uwolnić tylko dlatego, że jego perfumy były zbyt cudowne i mogłabym zemdleć na środku chodnika.
- O, masz rację, przepraszam- puścił mnie. POWIETRZE!!
- Ile razy będziesz mnie jeszcze przepraszał?!- było to irytujące. Serio.
- Bardzo dużo- uśmiechnął się, zakładając mi swoją kurtkę na ramiona. - Jest zimno. Nie chcę, żebyś się przeziębiła
- Ale teraz to tobie będzie zimno
- Martwisz się o mnie. Słodko- powiedział, a ja spłonęłam rumieńcem. Nie o to chodziło, nie o to.- Jesteś śliczna kiedy się rumienisz
- Nienawidzę cię, wiesz?- naburmuszyłam się jeszcze bardziej, wydymając policzki.
- Tak, tak- westchnął. - Już to kiedyś słyszałem
- Hmm... Ciekawe dlaczego?- zapytałam sarkastycznie.
- Bo jestem cudowny- wyszczerzył się do mnie.
- Yhym... Taki Skromny Książe- uśmiechnęłam się na te słowa.
- Hmm... Pozwolisz, aby Książe zabrał swoją Księżniczkę na gorącą czekoladę?
- No niech ci będzie- powiedziałam. Tylko, żeby skończył gadać. Przeanalizowałam jego wypowiedź jeszcze raz... Księżniczka. Książe. CZEKAJ, CO?! Zanim zdążyłam zaprzeczyć Lucas już dawno był przede mną. Nie pozostało mi nic innego jak pobiec za nim.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz