Oto nadchodzi ten, który ma moc pokonania Czarnego Pana...
Zrodzony z tych, którzy trzykrotnie mu się oparli, a narodzi się, gdy siódmy miesiąc dobiegnie końca...
A choć Czarny Pan naznaczy go jako równego sobie, będzie miał moc, jakiej Czarny Pan nie zna...
I jeden z nich musi zginąć z ręki drugiego, bo żaden nie może żyć, gdy drugi przeżyje...
Ten, który ma moc pokonania Czarnego Pana narodzi się gdy siódmy miesiąc dobiegnie końca...
Życie chyba na prawdę mnie nienawidzi, bo chce, żebym umarła, pomyślałam, oślepiona przez jasne światło. Otworzyłam oczy. Nie byłam w swoim pokoju. Pomieszczenie było ładne. Rozejrzałam się dookoła. Na stoliku stało zdjęcie rodziny. Jednak było ono odwrócone. Tak jakby ktoś nie chciał na nie patrzeć. Dziwne. Nagle drzwi do pokoju się otworzyły i weszła przez nie mała dziewczynka. Miała może z 5 lat, jak nie więcej.
- Wyspałaś się?- zapytała dźwięcznym głosem, który nie pasował mi do dziecka.
- Em... tak- rozejrzałam się po pomieszczeniu.- Możesz powiedzieć mi gdzie jestem?
- U mnie w domu- uśmiechnęła się.
- To rozumiem, ale jak się tu znalazłam?
- Mój brat cię przyniósł
- Brat?- w tym samym momencie do pokoju wszedł Lucas. Miał na sobie czarne rurki i tego samego koloru podkoszulkę, a na głowie czapkę- zgadniecie jakiego koloru? W rękach trzymał tacę z piciem.
- Melody, ile razy ci mówiłem, żebyś tu nie wchodziła?!- widać, że był zdenerwowany. Tylko czym?
- Ale przecież nic się nie stało- zaprzeczyłam szybko.- Zapytała się mnie tylko czy się wyspałam
- Ach, nieważne- postawił tacę koło mnie na łóżku.- Teraz możesz iść
I dosłownie wypchnął siostrę za drzwi. Patrzyłam na to ze zdziwieniem, ale nie miałam odwagi zapytać.No bo... Rozumiecie coś takiego? Siedzę na łóżku kapitana drużyny footballowej na dodatek w jego pokoju, ba, w jego domu i jeszcze przyniósł mi wodę... I WEŹ TU NORMALNIE ODDYCHAJ! Kiedy już pozbył się tej małej istotki z pomieszczenia, usiadł na łóżku obok mnie.
Oddychaj, oddychaj, oddychaj, oddychaj, oddychaj
- I jak się czujesz?- zapytał, patrząc w moje oczy. Kkhalfihlifuoeihgihlofiuo... On chce, żebym zeszła z tego świata. Na pewno tego chce!
- C-co ja t-tutaj robię?- Yhym... Jąkaj się jeszcze bardziej...
- Zemdlałaś w szkole. Twojego taty nie ma w domu. Postanowiłem zabrać cię do siebie. Els przyniosła twoje ubrania jakbyś chciała się przebrać
- Czemu to robisz?- to pytanie męczyło mnie od samego początku. DLACZEGO?!
- Bo się martwię?- otworzyłam aż usta ze zdziwienia. Martwi się. O mnie. Umrę ze szczęścia! Chciałam coś powiedzieć, ale wstał z miejsca. - To ja cię zostawiam, żebyś się przebrała- i wyszedł.
Czy to było subtelne zwrócenie uwagi na to, że śmierdzę?
...
Chyba tak.
Wstałam z łóżka i podeszłam do fotela, na którym leżały moje ubrania. Wzięłam je i udałam się do łazienki. Po 10 minutach wyszłam. Wyjrzałam na korytarz. Było cicho. Postanowiłam zejść na dół. Idąc schodami, patrzyłam na obrazy na ścianach. Jedne przedstawiają całą jego rodzinę, inne tylko jego albo siostrę. Niestety nie ma zdjęcia, na którym są razem. Szkoda, bo są naprawdę są do siebie podobni. W salonie zastałam Melody, jak dobrze pamiętam, oglądającą bajki.
- Jest w kuchni- powiedziała, odwracając się do mnie. Prawdopodobnie w tym momencie miałam zdezorientowaną minę, co nie uszło uwadze małej. - No Lucas, no!
Zaśmiałam się ze swojej głupoty. No bo kto inny mógłby być w kuchni jak nie on? Poszłam we wskazane miejsce. Zobaczyłam tam L. robiącego śniadanie.
- Księżniczko, tylko różowego fartuszka ci brakuje- powiedziałam do niego ze śmiechem. W kuchni wyglądał bardzo zabawnie.
- Ej! Ja tu próbuję być miły i zrobić nam obiad, a ty się ze mnie naśmiewasz?- obiad?! To ile ja spałam?! Spojrzałam na zegarek. 14:05! Wow, to nieźle sobie pospałam.
- Po prostu nie pasujesz mi do kuchni- podeszłam do niego, żeby zobaczyć co gotuje.
- A gdzie ci pasuję?- zapytał mnie, obracając się w moją stronę.
- Do kanapy- Melody usiadła na krześle obok nas. - Jesteś strasznym leniem
- Wcale nie- powiedział Lucas. - Kłamiesz
- A czemu miałabym? Jesteś leniwy i to prawda
- Nie e?
- Nie e?! A ile ty masz lat?! Trzy?!- zaczęłam się śmiać jak to usłyszałam. To dziecko właśnie pojechało osiemnastolatka. Kocham ją! Lucas tylko otworzył buzię, ale szybko ją zamknął. Przybiłam z Melody piątkę.
- I ty przeciwko mnie?- popatrzył na mnie spod przymrużonych powiek. Wiedziałam, że udaje złego, mimo to zaczęłam się cofać do tyłu. I tak zaczęła się nasza gonitwa po domu. Z 20 minut tak biegaliśmy. Niestety ktoś w końcu musiał się poddać i tym kimś byłam ja. Lucas oczywiście musiał mnie wziąć na ręce. MUSIAŁ.
- Teraz wyglądacie jak para- powiedziała Melody, która znalazła się koło nas. - Każde pary się całują, więc wy chyba też powinniście
Spojrzeliśmy po sobie. Nasze twarze dzieliły centymetry. Patrzyłam w jego oczy. Zatraciłam się w nich. Czarne, brązowe? Sama nie wiem. Wiem tylko, że są wyjątkowe. Czułam jak serce mi przyspiesza. Jego zresztą miało tak samo. Czułam, że rumieńce to już mam bordowe. Spuściłam wzrok. Jednak on nadal się na mnie patrzył. I to tak perfidnie.
- A co wy tu robicie?!- usłyszeliśmy głos, który dochodził z korytarza. Lucas od razu mnie puścił i stanął obok. Kobieta, która tam stała była... Perfekcyjna? Idealnie dobrane ubranie, ani jednej zmarszczki na twarzy. Była piękna to trzeba było przyznać.
- Myślałem, że wrócisz dopiero jutro- powiedział L. przez zaciśnięte zęby. Nie cieszył się z tej wizyty.
- Zmieniłam plany- spojrzała teraz na mnie. Od razu przeszyło mnie takie...Zimno? Tak to chyba to. Jej spojrzenie zamrażało. Było takie zimne i oschłe. Jakbym jej dzieci zabiła. Kobieta wpatrywała się we mnie przez dłuższą chwilę po czym zwróciła się do Lucasa.
- Obiad już jest zrobiony, prawda?
- Tak, mamo
Zamurowało mnie. MAMO?! Czy on użył tego słowa? MAMA? Ta kobieta wyglądała na może 30 lat, a jak on jest jej synem...
Niemożliwe.
Chwilę później siedzieliśmy już wszyscy przy stole.
- Może przedstawisz mi koleżankę?- zapytała jego mama, popijając wino.
- Emm... To jest Maya. Chodzimy razem do szkoły
- Czyli, że TA dziewczyna chodzi do najlepszej szkoły w Londynie? Hmm... Nie wygląda
Zabolało. Nawet bardzo. Nie wszyscy rodzą się w bogatych rodzinach. Przynajmniej mam na jedzenie i ubrania, to chyba wystarczy, prawda?
- Mamo- syknął ostrzegawczo Lucas, ale po tej kobiecie to spłynęło.
- Skoro to najlepsza szkoła w mieście to czemu wpuszczają do niej osoby, które na pewno dorabiają sobie na ulicy, stojąc pod latarnią
Lucasa zamurowało. Tak jak i jego siostrę. Może nie znała znaczenia tych słów, ale wiedziała, że są nieodpowiednie. Mądra dziewczyna. Odchrząknęłam i podniosłam się z miejsca.
- Yyy... Lucas, dziękuję za obiad... Będę się chyba już zbierać- powiedziałam.
- Och nie idź jeszcze- drwiący uśmieszek jego matki mnie zabijał. JAK ONA MOGŁA?!- Nie chciałabyś pozmywać naczyń czy może posprzątać w mieszkaniu. Z tych latarnianych pieniędzy nie da się wyżyć, prawda? Dołożę wszelkich starań, żeby mój mąż zatrudnił cię tutaj jako pokojówkę, skusisz się?
- Miło mi było poznać panią pani Hale- odpowiedziałam spokojnym głosem, na co ona uniosła brwi. - Szkoda tylko, że nie wie pani nic o mnie i mojej rodzinie. Mówienie złych rzeczy na drugą osobę jest niestosowne, kiedy widzi się je po raz pierwszy. W ogóle jest to nie poprawne. Jednak nie mam pani tego za złe. Nie każdego trzeba lubić, prawda? Jednak chcę, żeby pani wiedziała, że ja toleruję panią i pani opinię o mnie, bo nie jestem u siebie. Gdyby jednak pani była w moim domu... Wyrzuciłabym panią z domu. Oczywiście nie mogę się równać z pani poziomem inteligencji, ale nawet ja wiem, że tacy jak pani kiedyś skończą na dnie. Trzeba tylko trochę poczekać. Miłego dnia życzę- powiedziałam na odchodne. Kiedy wyszłam za drzwi poczułam... Dumę? Tak, dumę. Byłam dumna z siebie, że nie wybuchłam, że byłam spokojna do samego końca mimo, że jej słowa paliły jak trucizna. Czemu nasze społeczeństwo dzieli się na gorsze i te lesze? Mamy przecież takie same prawa, więc na jakiej podstawie oni mogą się sądzić za lepszych? Przecież nie jesteśmy chorzy, nie mamy jakiegoś upośledzenia... Jesteśmy normalni. Na dobrą sprawę to bez takich ludzi jak my, 'biednych' ludzi, ci 'lepsi' nie mieliby niczego. Ani drogich butów, ani jedzenia, ubrań... To wszystko nasza zasługa, a oni tak się nam odpłacają. Śmiejąc się z nas, poniżając. Jesteśmy jednym społeczeństwem i jak dla mnie to wielka porażka. Idąc tak ulicą, rozmyślałam o tym dlaczego L. tak bardzo boi się swojej matki. Było to widać na kilometr, ale dlaczego?
- MAYA!- usłyszałam krzyk. Odwróciłam się i od razu poczułam czyjeś ramiona oplatające moje ciało.- Strasznie przepraszam cię za mamę
Lucas.
- Nic się nie stało- powiedziałam w jego kurtkę. Był tak silny, że nie mogłam się ruszyć.
- Moja mama cię obrażała, a ja nie zareagowałem- przytulił mnie mocniej. - Jestem kretynem
- Zaraz będziesz kretynem jak mnie udusisz- tak właściwie to chciałam się uwolnić tylko dlatego, że jego perfumy były zbyt cudowne i mogłabym zemdleć na środku chodnika.
- O, masz rację, przepraszam- puścił mnie. POWIETRZE!!
- Ile razy będziesz mnie jeszcze przepraszał?!- było to irytujące. Serio.
- Bardzo dużo- uśmiechnął się, zakładając mi swoją kurtkę na ramiona. - Jest zimno. Nie chcę, żebyś się przeziębiła
- Ale teraz to tobie będzie zimno
- Martwisz się o mnie. Słodko- powiedział, a ja spłonęłam rumieńcem. Nie o to chodziło, nie o to.- Jesteś śliczna kiedy się rumienisz
- Nienawidzę cię, wiesz?- naburmuszyłam się jeszcze bardziej, wydymając policzki.
- Tak, tak- westchnął. - Już to kiedyś słyszałem
- Hmm... Ciekawe dlaczego?- zapytałam sarkastycznie.
- Bo jestem cudowny- wyszczerzył się do mnie.
- Yhym... Taki Skromny Książe- uśmiechnęłam się na te słowa.
- Hmm... Pozwolisz, aby Książe zabrał swoją Księżniczkę na gorącą czekoladę?
- No niech ci będzie- powiedziałam. Tylko, żeby skończył gadać. Przeanalizowałam jego wypowiedź jeszcze raz... Księżniczka. Książe. CZEKAJ, CO?! Zanim zdążyłam zaprzeczyć Lucas już dawno był przede mną. Nie pozostało mi nic innego jak pobiec za nim.
Ciemność. Nie wiem gdzie jestem. Wnioskując po zapachu i konturach, mogłam sądzić, że gdzieś daleko. Nigdy nie byłam w tych rejonach. Na pewno jestem gdzieś za miastem. Idę przed siebie. Pod nogami czuję dość duże kawałki kamieni. Potykam się. Leżę na ziemi. Tory. Słyszę dźwięk. Jedzie pociąg. Nie mogę się podnieść. Coś mnie przytwierdziło do ziemi. Nie chce puścić. Krzyczę. Odpowiada mi cisza. Pociąg jest coraz bliżej. Nagle pojawia się ON. Jest piękniejszy niż zwykle. Podnosi mnie. Z taką łatwością jak piórko. Jestem w JEGO ramionach. Boję się. Jest niebezpieczny. Wiem o tym, ale nie mogę trzymać się z daleka od NIEGO. Tak jakby coś mnie do NIEGO przyciągało. Unosimy się w powietrzu. Latamy. JEGO skrzydła są cudowne. Nie powinnam, ale dotykam chociaż jednego pióra. Miękkie. Delikatne. Nie widzę JEGO twarzy. Jest dla mnie zagadką. Chciałabym wiedzieć. Nie wiem, co zrobić. Jesteśmy na ziemi. Przybliża się. Czuję, że za chwilę eksploduję. Chcę uciekać. Nie ma dokąd. ON i tak by mnie znalazł. Jest jak stróż. Anioł Stróż. Gdyby nie czarne pióra na skrzydłach byłby archaniołem. Więc kim jest? Chcę go o to zapytać, ale słowa grzęzną mi w gardle. Popatrzyłam w górę. Czarny śnieg. Znowu. Poczułam JEGO dłoń na moim policzku. Chciałam ją strzepnąć, ale nie mogłam. Otworzył usta, żeby coś powiedzieć, kiedy...
- Aż tak bardzo zanudzałem?- zapytał mnie Lucas. Popatrzyłam na niego za zdezorientowaniem w oczach. - Przespałaś prawie 3/4 drogi- wyjaśnił.
- To ja spałam?- ten sen był taki realistyczny. Chociaż... Czarny śnieg... Tak, to musiał być sen.
- Całą drogę, ale teraz jesteśmy już na miejscu
- Boże, przepraszam- powiedziałam zawstydzona. No świetnie! Jeszcze się przy nim skompromitowałam!
- Przepraszasz za coś, co nie zależy od ciebie? Byłaś śpiąca to zasnęłaś. Nic się nie stało- uśmiechnął się do mnie. Czy on chce, żebym na zawał zeszła?!- Niestety teraz musimy iść, bo mamy historię.
Mina od razu mi zrzedła. Pani Lewis mnie nie lubi. Przecież ja nic takiego nie robię. Siedzę cicho i uważam na lekcjach, a ona się czepia. Albo, że za krzywo siedzę, albo, że patrzę się na tablicę, a nie na nią. Może jeszcze zakaże mi oddychać na lekcji. Westchnęłam i wysiadłam z auta. Od razu powitały mnie mordercze spojrzenia moich koleżanek ze szkoły. No tak! Przyjechałam z Lucasem samochodem, siedziałam z nim, rozmawiałam, oddychałam tym samym powietrzem, co on... Jestem już martwa.
- Przyjdziesz na dzisiejszy mecz, skarbie?- zapytał mnie Matt, który nagle pojawił się koło mnie, obejmując ramieniem.
- Yyyy...- byłam strasznie zaskoczona. Po pierwsze, że powiedział do mnie skarbie, a po drugie, że uwiesił na moich ramionach swoją rękę. - Nie wiem
- Jak to?! Przychodzisz i koniec- powiedział pan od-dzisiaj-będę-cię-naywał-skarbie-bo-tak-jest-ładnie.
- Ale ja naprawdę nie wi...- nie dokończyłam, ponieważ ktoś mi przerwał.
- Myślę, że to dobry pomysł. Przyjdź. Będzie fajnie- znowu! Znowu to zrobił! Czy on nie wie, że jego uśmiech doprowadza dziewczyny do omdlenia?
- Hej, Meys- usłyszałam w oddali. Chwilę później pojawiła się Elena. Podeszłą do mnie i pocałowała w policzek, a chłopcom... Wróć. Lucasowi, posłała uśmiech.
- Hej- przywitałam ją. Wyglądała cudownie. Zresztą jak zawsze.
- Ej, Elena- zagadnął ją Matt. Po grymasie dziewczyny zgadłam, że nie chce z nim rozmawiać. I miałam rację
- Czego chcesz, człowieku, który nawet nie wie, co to jest mózg i jak go używać?
- Czemu z nami tak się nie witasz?- wszyscy dobrze wiedzieli, że chodziło o to czemu z nim się tak nie wita.
- Hmm... Zastanówmy się... Bo cię nie lubię? A nawet jakbym cię lubiła to i tak nie zasługujesz na moją uwagę. Meys, zbieraj się- zwróciła się do mnie. - Chłopcy chyba muszą jeszcze porozdawać autografy- wskazała palcem na wianuszek dziewczyn, które kroczyły w naszą stronę.
- To do zobaczenia na meczu- powiedział Lucas i puścił do mnie oczko. Jeeeeezu, ja nie wytrzymam! Boże, zabij mnie ktoś! On jest cudowny! Uspokój się, Maya. Przecież to tylko Lucas. Najprzystojniejszy chłopak w szkole... I jeszcze puścił do ciebie oczko! Elena, moja wybawczyni dziękuję ci, że mnie za sobą ciągniesz, bo bym na nogach nie ustała.
- A więc Lucas, tak?- zapytała mnie, kiedy byłyśmy już w szkole. - Miłość jest cudowna
- C-co? J-jaka miłość? E-Elena, co ty bierzesz?
- Jak na razie nic, ale to się może zmienić. A wracając do tematu... On ci się podoba.
- Wcale nie!- zaprzeczyłam szybko. - Jesteśmy tylko znajomymi ze szkoły. T-Y-L-K-O znajomymi
- Yhym... A ja nazywam się Gertruda i mam ogród, w którym hoduję bakłażany- nie. Ona nie była sarkastyczna. - Rumienisz się za każdym razem, kiedy jest obok. I do tego robisz się bardziej nieśmiała. Mówię ci. To miłość.
- Głupia jesteś- powiedziałam, ale i tak wiedziałam, że z rumieńcami miała rację. Tylko nie byłam pewna, czy ktoś inny też je widział. - Poza tym nie tylko przy nim jestem nieśmiała. Taka już moja natura, co zrobić?
- Dlatego się przyjaźnimy- powiedziała do mnie Els. - Ty mnie będziesz uspokajać jak będę chciała komuś złamać nos, a ja będę wyciągać cię z opresji. Mam tu na myśli, że nie będziesz musiała zostać z L. sama. Zawsze będę obok.
- Czemu jak powiedziałaś 'ktoś' od razu pomyślałam o bezmózgowcu?
- Bo miałaś rację. Taaak, on jest pierwszym kandydatem na liście do pobicia- popatrzyła na mnie i obie wybuchnęłyśmy śmiechem. Kiedy zadzwonił dzwonek, ruszyłyśmy do klasy.
Lekcja była w miarę normalna chociaż pani Lewis i tak się mnie o wszystko czepiała. Zostało nam 15min. do końca. Teraz to już będzie spokój... a może nie? Ktoś zapukał do drzwi. Oczy wszystkich skierowały się w tamtą stronę. Do sali wszedł... Kevin?!
- Dzień dobry- pokłonił się nauczycielce. Stare nawyki z dawnej szkoły zostają. - Chciałem tylko dać coś Mayi
Wszyscy teraz wpatrywali się we mnie. Ja za to miałam szeroko otwarte i oczy, i buzię. Yah, jakim prawem on tu przyszedł?!
- Y-y-y, oczywiście- wybąkała nauczycielka. Oszołomiła ją pewnie uroda mojego brata. Naiwna. Pod tą słodką buźką kryje się diabeł wcielony, który właśnie teraz chce zrujnować mi życie. Dlaczego?!
- Ej, śliczna! Nie zostawiłaś czegoś w domu?- zapytał mój brat, trzymając moje klucze w ręce.
- To nie mogłeś mi o tym normalnie powiedzieć przez telefon tylko wpadasz do mojej szkoły od tak, żeby mi klucze wręczyć? A co jakby cię któraś z dziewczyn rozpoznała?- powiedziałam po koreańsku.
- Nie martw się, śliczna, o mnie. Złość piękności szkodzi- oczywiście musiał powiedzieć to po angielsku, żeby wszyscy zrozumieli. On mnie wykończy!- Trzymaj, bo się spieszę. W domu pogadamy- wcisnął mi klucze w rękę, pocałował w policzek po czym udał się do wyjścia. Wszyscy wpatrywali się we mnie. Zagryzałam wargi, żeby tylko nie krzyknąć jaki on jest głupi. Kiedy szłam do swojej ławki, Els patrzyła na mnie pytającym wzrokiem.
- Nie chcesz wiedzieć- podpowiedziałam jej przez zaciśnięte zęby. Reszta lekcji minęła spokojnie. Dzwonek obwieszczający przerwę, zadzwonił znacznie szybciej niż się spodziewałam. Może to i lepiej? Następną lekcją wył w-f. Nie to, że byłyśmy jakimiś fankami kopania piłki, czy biegania, ale poszłyśmy tam szybciej ze względy na to, że, jak twierdzi Elena, jest za mało czasu na przebranie się. Taaaak, bo oczywiście każdemu nie starcza 10min. na przebranie się to ja jestem dziwna, a nie Els. Kiedy weszłyśmy do szatni, powitaly mnie mordercze spojrzenia reszty koleżanek. Jedna z nich, Cassidy, podeszła do mnie, z wystawionym przed siebie palcem.
- Ty- pokazała na mnie. - Myślisz, że nie wiem, co kombinujesz
- A-ale, co ja kombinuję, co?- zapytałam, nie wiedząc o co chodzi.
- Chcesz mi odebrać Lucasa
- ŻE JA, CO?!- teraz to już przesadziła. Przecież ja z nim nawet nie umiem normalnie porozmawiać...
- Nie udawaj. To, że jesteś nowa w szkole, nie znaczy, że masz mi przeszkadzać. Lucas będzie moim chłopakiem i nie przeszkodzi mi w tym- tu zmierzyła mnie wzrokiem. - Taka brzydko ubrana i bez gustu dziewczyna
- No tak, bo żeby być kimś to trzeba ubierać się na różowo i świecić tyłkiem po całej szkole w za krótkich spódniczkach- włączyła się do rozmowy Elena. - Weź dziewczyno się odsuń, bo mi swoimi perfumami powietrze zabierasz
- Pfff- Cassidy machnęła włosami i zwróciła się do mnie. - Jeszcze raz zobaczę cię przy nim to...
- To co? Zabijesz ją miotaczem do cyrkonii? - Els się zaśmiała. Potrafiła mnie obronić... I za to jej dziękuję. - Albo zakażesz jej na siebie patrzeć? Uwierz mi. Ja bym się z tego cieszyła
Elena chciała coś jeszcze dodać, ale dzwonek jej przeszkodził. Przebrałyśmy się szybko i udałyśmy na salę.
Jakie byłyśmy zdziwione, kiedy odkryłyśmy, że będziemy mieć w-f na dworze, ponieważ 'jest ładna pogoda'
Na nic nie zdały się nasze błagania zostania w sali. I tak musiałyśmy wyjść. Nie chciałam ćwiczyć na dworze, ponieważ...
- Dziewczyny, a co wy tu robicie?- zapytał zdziwiony Matt. No właśnie. Ponieważ Lucas i jego drużyna ma trening przed meczem. Jakoś nie mam ochoty, żeby gapili się na mnie jak gram.
- Przyszłyśmy wydoić jednorożca, ale niedźwiedź zabrał nam małpę, która robiła za krzesło- odpowiedziała sarkastycznie Els. Chyba nie zrozumiał, bo teraz wpatrywał się w nią i mrugał oczami. - W-f mamy, palancie!
- To trzeba było tak od razu
Elena westchnęła zirytowana. Ją to łatwo było zdenerwować. Rozejrzałam się po boisku. Widziałam wszystkich oprócz jednej osoby.
- Rozglądasz się za szczęściem czy raczej kogoś szukasz?- usłyszałam głos tuż przy moim uchu. Lucas. Odskoczyłam jak oparzona.
- Nie wiesz, ze nie wolno straszyć ludzi? Mogłam tu zemdleć- powiedziałam oburzona i wydęłam policzki.
- Oooo... Zobacz jaka słodka- Lucas zwrócił się do Matta, który wykłócał się o coś z Eleną. Trzymał mnie za policzki i tarmosił.
- Ej, ej, ej! Jej jeszcze kiedyś przydadzą się policzki, tak? - Els ruszyła mi na pomoc i odciągnęła ręce L. od mojej twarzy.
- Dziękuję- uśmiechnęła się do mnie.
Nagle zobaczyłam na budynku grecką omegę. Taką jak wtedy na zajęciach. Teraz emanowała jakimś dziwnym światłem. Głowa zaczęła mnie strasznie boleć i miałam zawroty głowy.
- Em... Maya, wszystko dobrze?- zapytał mnie Lucas, widząc, że coś jest nie tak.
Nie zdążyłam odpowiedzieć, bo przed oczami zrobiło mi się czarno i zasnęłam.